Philippe Usyk
Stare Małe Dziecko
⁂
Tom I · Pusta ławka i Niebo
Wydawnictwo CISZA
„Cisza potrafi kochać. To ja pokochałam tę ciszę.”
A kiedy człowiek oddaje swoje życie Bogu, odkrywa, że żadna miłość, żadne dobro i żadna modlitwa nie giną.
Od autora
Tę książkę napisano dla każdego, kto nosi w sobie stare małe dziecko, pragnące miłości, bliskości i zrozumienia.
Nie jest to bajka, choć ma w sobie łagodność bajki. Jest to opowieść o pragnieniach, które nosi w sobie wiele ludzkich serc: żeby być kochanym, rozumianym i mieć przy sobie kogoś, kto poda dłoń w trudniejszej chwili.
Bohater tej historii uczy się czegoś, czego nikt nie chce uczyć się szybko: że czasami najpiękniejsze przytulenie przychodzi od Boga, który obejmuje człowieka swoim pokojem właśnie wtedy, gdy ten najbardziej tego potrzebuje.
W tej opowieści spotkają się trzy głosy, które zbyt często każe się sobie nawzajem przeczyć: nauka, kultura i wiara. Tutaj usiądą na jednej ławce i nauczą się rozmawiać. Bo prawda, piękno i dobro nie kłócą się ze sobą, to tylko trzy okna wychodzące na to samo Światło.
Najlepszym Autorem jest sam Pan Bóg, a najlepszym Nauczycielem, Pan Jezus, od którego wszyscy się uczymy. Ja tylko spisałem to, co usłyszałem w ciszy.
Stare małe dziecko to ja. I Ty.
Prolog Za siedmioma cichymi wieczorami
Za siedmioma cichymi wieczorami i za wieloma nieprzespanymi nocami mieszkało sobie Stare Małe Dziecko.
Nikt nie wiedział, ile ma lat, bo ono samo już dawno przestało liczyć. Liczenie dni jest zajęciem dla tych, którzy czekają na coś konkretnego: na list, na powrót, na słowo. Stare Małe Dziecko nauczyło się czegoś innego, że kiedy człowiek przestaje liczyć dni, zaczyna bardziej zauważać chwile.
Wiedziało tylko jedno: że od bardzo dawna nosi w kieszeni małe pragnienie. Tak małe, że można by je pomylić z okruszkiem, a tak wielkie, że zajmowało całe serce. Pragnienie było proste. Żeby ktoś kiedyś objął je zwyczajnie i powiedział: „Dobrze, że jesteś.”
Nie mówiło o tym głośno. Uśmiechało się, rozmawiało z ludźmi, oglądało telewizję, i czasem widziało tam ludzi, którzy przytulali się bez pośpiechu, jakby mieli czasu na zawsze. Wtedy w oczach pojawiały się łzy i pytało samo siebie: „Co oni tam czują?”
Ta książka jest o tym pytaniu. I o odpowiedzi, która nie przyszła od razu, nie przyszła łatwo i nie przyszła stamtąd, skąd Stare Małe Dziecko jej wyglądało.
Przyszła z ciszy. A potem, z Nieba.
To nie będzie bajka. Niech to będzie początek prawdziwej opowieści, takiej, w której nie wszystko jest szczęśliwe, ale wszystko jest prawdziwe.
Część pierwsza
Cisza
Rozdział I Stare Małe Dziecko
Stare Małe Dziecko nie lubiło, kiedy mówiono o nim „biedne”. Nie czuło się biedne. Czuło się tylko bardzo długo nie przytulone. A to nie to samo.
Bo bieda serca nie polega na tym, że człowiek nie dostał wszystkiego, czego pragnął. Prawdziwa bieda zaczyna się wtedy, kiedy człowiek przestaje wierzyć, że dobro istnieje. A ono wierzyło. Choć czasem bardzo cicho. Choć czasem tylko odrobinę.
Mieszkało w niewielkim mieszkaniu na czwartym piętrze, gdzie okno wychodziło na park, a w parku stała ławka. Rano parzyło herbatę i trzymało kubek obiema dłońmi, jakby grzało nie tyle ręce, co coś głębiej. Wieczorem słuchało, jak dom cichnie, jak gasną kolejne okna w bloku naprzeciwko, jak ostatni autobus zabiera ostatnich ludzi do ich ostatnich tego dnia rozmów.
Przez lata nauczyło się żyć bez ramion, które zatrzymują człowieka przy sobie. Nauczyło się zasypiać bez słów „jestem obok”. Nauczyło się mówić „nic się nie stało”, kiedy trochę bolało. I nauczyło się nie pytać, bo nie każde pytanie ma odpowiedź tutaj, a pytanie bez odpowiedzi potrafi boleć bardziej niż samo milczenie.
Ale było w nim coś dziwnego, coś, czego ono samo długo nie rozumiało. Im mniej dostawało, tym bardziej chciało dawać. Nie dlatego, że było święte. Tylko dlatego, że wiedziało, jak smakuje brak. Człowiek, który był głodny, inaczej kroi chleb dla drugiego.
Więc dawało ludziom to, co miało. A miało rzeczy, których nie widać. Dawało czas. Słowa. Uważność. Modlitwę. Nigdy nie mówiło: „ja mam gorzej”. Częściej pytało: „a jak ty się dziś trzymasz?” I tylko Cisza wiedziała, ile to kosztuje.
Bo Cisza mieszkała z nim naprawdę. Nie przychodziła wieczorem jak gość, który o północy wraca do siebie. Była od lat. Siedziała przy stole. Szła obok na schodach. Patrzyła z nim przez okno na park i na ławkę.
Sąsiedzi uważali Stare Małe Dziecko za pogodnego, trochę dziwnego człowieka, który zawsze ma dla każdego dobre słowo i nigdy nie skarży się na pogodę. Listonosz lubił z nim rozmawiać. Dziecko z parteru machało mu ręką. Stara pani spod siódemki mówiła, że to „porządny człowiek”. Nikt z nich nie wiedział, że wieczorami ten porządny człowiek siada na brzegu łóżka i przez chwilę nie wie, co zrobić z dłońmi, które przez cały dzień były wyciągnięte do świata, a teraz nie mają już do kogo.
Nie chcę, żebyś myślał, że to smutna historia. To znaczy, jest w niej smutek, tak jak w każdym prawdziwym życiu. Ale smutek nie jest tu najważniejszym bohaterem. Najważniejsza jest pewna uparta, cicha nadzieja, która nie chciała umrzeć. Taka, która nie krzyczy. Taka, którą łatwo przeoczyć, bo nie robi hałasu.
Stare Małe Dziecko wierzyło, choć nie zawsze umiało to powiedzieć słowami, że dobro istnieje, że warto okazywać życzliwość i że Pan Bóg potrafi posłać człowiekowi ciepło nawet przez dobre słowo, przez modlitwę, przez serdeczną rozmowę. Wierzyło, mimo że dowodów było mało. A może właśnie dlatego. Bo wiara, która ma za dużo dowodów, przestaje być wiarą, a staje się rachunkiem.
I dlatego to stare dziecko patrzyło z nadzieją w przyszłość, dziękując za każdy dzień i za ludzi, których Pan stawiał na jego drodze. Nawet jeśli stawiał ich na chwilę. Nawet jeśli niektórzy z nich nie zostawali.
Tej wiosny, od której zaczyna się nasza opowieść, w parku zakwitły kasztanowce, a na ławce pod nimi Stare Małe Dziecko miało spotkać kogoś, kto zmieni wszystko. Tyle że, jak to zwykle bywa z najważniejszymi spotkaniami, nie poznało tego od razu.
Rozdział II Imię Ciszy
Pewnego dnia Stare Małe Dziecko usiadło na ławce w parku, a obok niego usiadła Cisza.
Nie była zimna ani pusta. Była spokojna. Tak spokojna, że przez chwilę Stare Małe Dziecko nie wiedziało, że już nie jest samo.
— Dlaczego płaczesz? zapytała Cisza.
— Bo nigdy nie miałem tego, co inni mają tak łatwo, odpowiedziało, i samo zdziwiło się, że powiedziało to na głos. Zwykle takich rzeczy się nie mówi. Trzyma się je w kieszeni razem z okruszkiem pragnienia.
Cisza długo nic nie mówiła. Cisza w ogóle ma dziwny zwyczaj: zanim coś powie, najpierw pozwala człowiekowi usłyszeć samego siebie. A potem odpowiedziała:
— Mylisz brak z pustką. To nie to samo.
— Nie rozumiem.
— Jeśli tęsknisz za przytuleniem, to znaczy, że wciąż masz w sobie miejsce na ciepło. Gorsze od braku byłoby już niczego nie chcieć. Pustka to nie jest miejsce, w którym czegoś nie ma. Pustka to miejsce, w którym przestało się czegoś chcieć.
Stare Małe Dziecko siedziało i słuchało. Wiatr poruszał gałęziami kasztanowca. Gdzieś daleko dzwonił tramwaj.
— A jeśli już nigdy się nie wydarzy? zapytało cicho. Jeśli to przytulenie nigdy nie przyjdzie?
Cisza uśmiechnęła się swoim niewidzialnym uśmiechem.
— Wtedy i tak nie przegrałeś. Bo człowiek nie staje się mniej piękny przez to, że czekał. Czekanie nie odbiera wartości. Czasem ją powiększa, choć tego nie widać.
I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Wiatr poruszył gałęziami mocniej. Słońce wyszło zza chmury i ogrzało dłonie złożone na kolanach. Ptak, zwyczajny wróbel, nic szczególnego, usiadł bardzo blisko, tak blisko, że Stare Małe Dziecko wstrzymało oddech, żeby go nie spłoszyć.
I poczuło coś, czego wcześniej nie umiało nazwać. Nie było to przytulenie. Ale było to uczucie, że świat na chwilę usiadł obok i powiedział: „Widzę cię.”
Zamknęło oczy i pomyślało: „Może szczęście nie zawsze przychodzi w ramionach. Czasem najpierw przychodzi jako obecność. I zostaje tak długo, aż serce znów nauczy się nie bać.”
Od tego dnia Stare Małe Dziecko wiedziało, że Cisza ma imię. Że nie jest po prostu brakiem dźwięku, tak jak ciemność jest brakiem światła. Że jest kimś. Albo przynajmniej czymś, co potrafi siedzieć obok i nie odchodzić.
Trzeba ci wiedzieć, że Cisza nie zawsze była dobra. Bywały dni, kiedy milczała tak, że to milczenie ważyło tonę. Bywały noce, kiedy zamiast koić, krzyczała. O tym jednak opowiem za chwilę, bo to ważne, żeby nie myśleć, że Cisza jest tylko łagodna. Prawdziwy przyjaciel nie zawsze jest łagodny. Czasem jest po prostu wierny. A to coś więcej.
Tego wieczoru Stare Małe Dziecko wróciło do domu i pierwszy raz od dawna nie czuło się opuszczone. Czuło, że ktoś, może wiatr, może słońce, może ten zwyczajny wróbel, a może Ktoś, kto stoi za wiatrem, słońcem i wróblem, na chwilę położył mu rękę na ramieniu.
Nie umiało jeszcze nazwać tego Kogoś. Ale już Go szukało. A człowiek, który zaczyna szukać, nigdy nie jest do końca sam.
Tu kończy się fragment. Dalej czeka pusta ławka, astronom, malarka i stary ksiądz.